Napisane przez: katy | Luty 28, 2011

Styl “business-casual”

Pytam się współlokatorów, w czym się w usa chodzi na konferencjach (bo nie mam garsonki, więc gdybym musiała ją kupować, potrzebuję czasu na łażenie po sklepach). Ubieram się jak wszyscy – dżinsy, bluzy, adidasy, ogólnie jak na polskie standardy dość dresiarsko. Dyskutujemy więc chwilę o tym, że w sumie zawsze pojawią się profesorowie w szortach, ale że ich pozycja i tak jest wysoka, to i nie mają za bardzo interesu by męczyć się w garniturze.
- Business causal – mówi S. – And no jeans (bussiness-casual i żadnych dżinsów) – The top you wearing is fine – dodaje (góra, którą masz na sobie jest ok)
- So should I look like … in Poland? – pytam (“więc mam wyglądac jak w Polsce?”)
- Exactly! – potwierdza V.
S. i V. tak jak i ja są z Europy :)

Napisane przez: katy | Luty 21, 2011

To, co lubią biali ludzie

Jedną z najsmutniejszych książek jakie ostatnio czytałam jest książka Christiana Landera “Stuff White People Like” (“Rzeczy, które lubia biali ludzie” – miejmy nadzieję, że ktoś to kiedys przetłumaczy na polski). Jest to facynujący obraz pokolenia dzisiejszych trzydziestolatów (i dwudziestolatków). Podtytuł “The unique taste of millions” (unikalny gust milionów) wiele mówi o zawartości.
Generalnie przybliżoną zawartość ksiązki można sobie obejrzeć na stronie autora.

Ale do rzeczy. Dawno, dawno temu był sobie amerykański sen. Taki sobie sen o domku na przedmieściach (z materiałów o trwałości dykty, za to z wieeeelkim trawnikiem przed samym domem), dwóch samochodach i przyzwoitej, sumiennie wykonywanej pracy. O puszkach coli, bekonie, płatkach z mlekiem na śniadanie, taniej pizzy i oglądaniu meczów futbolowych z kolegami. O różowo odzianych córkach, przedsiębiorczych synach i niedzielnych wizytach w chrześcijańskim kościele. O sporach na linii republikanie – demokraci, i o telewizorze w salonie na dole.

Sen ten był przytłaczająco typowy, ale nikt się go specjalnie nie wstydził. Za to świat się zmienił i żyjemy w czasach gdzie to “indywidualizm” oraz “kreatywność” to cechy najbardziej pożadane. Książka Landera pokazuje, jakim żałosnym picem na wodę jest tak pojęty indywidualizm. Szczególnie uroczo wypadają formularze w rodzaju “Listu zza granicy” (nie wiem czy to jest na stronie), gdzie wpisuje się tylko gdzie się jest, czy to pierwszy, czy trzeci świat, czego z amerykańskich najpotrzebniejszych rzecach nie da się kupić i jak dziwnie zachowują się tubylcy. No i smutna prawda jest taka… że takich listów i maili powstają codziennie tysiące.

Choć nikt się do tego nie przyzna (bo to oryginalne, własne pomysły!), ale jest wielka, ogromna grupa Amerykanów z obsesją na punkcie drewnianych podłóg (bo znana z filmów i opowieści wykładzina to siedlisko roztoczy), organicznego jedzenia i “farmers market” (rodzaj lokalnego targowiska, gdzie rolnicy sprzedają z samochodów owoce, domowego wyrobu masło orzechowe, dżemy, warzywa etc), kawy, jogi, i religii niechrześcijańskich. Daje to smutny obraz całkowicie zlewaczałego pokolenia, które zgubiło gdzieś ideały, na których opierała się Ameryka od swoich początków (wiara w Boga, Biblia, wolność posiadania broni, przedsiębiorczość), a raczej jego opiniotwórczej częsci, yntelektualistów. Choć wszyscy będą uważać siebie za takich “wyjątkowych”, tak naprawdę jest jakiś generalny archetyp, typowe doświadczenie przestawiciela tego pokolenia, na które składają się studia (lub wymiana w szkole średniej) za granicą, najlepiej w Europie, buty firmy new balance (takie nosi nawet Steve Jobs z Apple, kosztują koło 100 dolarów, są wygodne i starczają na jakiś czas), umiłowanie do t-shirtów, szortów i oddychających ciuchów oraz etnicznych (= zagranicznych, prowadzonych przez emigrantów) restauracji, offowe kino (ale nie takie całkiem offowe, najlepiej offowy mainstream typu “Juno”), trudne rozstania z druga połową i małżeństwa koło trzydziestki (a dzieci koło czterdziestki), pseudo-wrażliwość na inne kultury, objawiająca się dumą z różnokolorowych znajomych i wysyłaniem dzieci do drogiej, prywatnej szkoły (jednolitej rasowo), oczywiście wszystkie dzieci bez wyjątku są “utalentowane” (i znajdą się w specjalnym programie dla “utalentowanych dzieci”). Łączy też przedstawicieli tego pokolenia nienawiść do własnych rodziców, dośc często rezygnacja z mięsa, ewentualnie sposób odżywiania kompletnie z choinki (nic gotowanego, żadnych zwierzęcych produktów lub cokolwiek w tym stylu), miłość do podróży, muzyki z lat 80 i suszi. Co więcej, biały człowiek wg Landera najchętniej zostałby autorem mega-popularnej książki, mieszkał w zapadłej wiosce i żył z tantiem (trochę się zmartwiłam własną typowością, bo czasem odkrywam, że i mnie prześladuje to marzenie :P ).

Ogólnie całkiem dużo rzeczy pasuje ogólnoświatowo do tak zwanej kultury zachodniej, inne pasują tylko do Amerykanów. Piekny jest opis scenariusza przyjęcia – spotkało to i mnie, i nawet szczegóły się zgadzały.

Jak dla mnie ta książka jest przejmująco smutna, bo po pierwsze, odbiera złudzenie własnego wymyslnego indywidualizmu a po drugie obnaża obraz pogubionego dość pokolenia, złożonego z indywidualistów o guście identycznym, jak gust milionów innych indywidualistów.

Napisane przez: katy | Luty 14, 2011

Ser!

Jednym z niedocenianych produktów w polskiej kuchni jest twaróg. Wierzcie mi lub nie, ale generalnie takiego jak w Polsce nie ma w żadnym innym kraju (może poza Rosją i Ukrainą). Znudziło mi się jedzenie ricotty (za słodka i za rzadka) i serka grani (nietłusty, ciężko go rozrobić z lnianym olejem). Przy pomocy rebelya.pl oraz kilku emigranckich forów dowiedziałam się, że produkcja twarogu nie jest jakaś hiper mega skomplikowana. Gorzej, że prawo federalne zabrania sprzedaży niepasteryzowanego mleka a Amerykanie lubią takie, które postoi w lodówce otwarte przez miesiąc. Ale i na to są sposoby… Wzięłam więc takie oto mleko:

Mleko

Mleko


Jak widzicie “ulta-pasterized” – główny wróg Amerykanina, czyli wcale nie mahometański terrorysta a BAKTERIA został w nim wybity co do nogi (nibynóżki:P). Za pierwszym razem dodałam greckiego jogurtu i kefiru, ale to niewiele pomogło… stało 24h i smakowało nadal jak mleko z kefirem. Ale nie poddałam się, nie nie! Poszłam do sklepu po kwaśną śmietanę (emigranckie fora radziły dodać kwaśnej śmietany i maślanki, ale skład maślanki mnie wystraszył i myślałam, że będę od tych forów mądrzejsza – głupio myślałam). Organiczna śmietana ma taki skład, że nie wzięłabym tego do ust (zagęstniki, skrobia, no ogólnie rzeczy, których w śmietanie być nie powinno). Kupiłam więc śmietanę “Daisy”, która nie jest organiczna, za to jest gęsta, dobra w smaku i na dokładkę… koszerna :P
Śmietana daisy

Śmietana daisy


No i po tym ładnie skwaśniało. Szkoda tylko, że z litra mleka wyszedł mi… sereczek a nie ser.
Następnym razem wymieszałam pół galona mleka ze śmietaną. Ścięło się bardzo ładnie, już po 24h:
Mleko

Mleko po 24h fermentacji


Nawet ścięło się jak wiejskie mleko, w takie “bloki”:
Mleko-Zbliżenie

Mleko-Zbliżenie


Takie sfermentowane mleko przekłada się do garnka i podgrzewa. Cel podgrzewania to odddzielić wodę od części stałych (białek i tłuszczu). Za pierwszym razem podgrzewałam naprawdę mocno i ser wyszedł suchy i pokruszony. Więc jak będziecie robić to w domu – pogrzewajcie na małym ogniu (czwórka gdzieś na płycie) i powoli, i do temeperatury, w której można wsadzić do garnka rękę i się nie poparzyć.
Mleko w garnku

Mleko w garnku


No więc dalej już są trochę schody, bo potrzebna jest gaza lub ścierka. Gazę znalazłam w aptece (o dziwo!) – największy kawałek miał 4 na 8 cali. Za pierwszym razem było to za małe nawet na mój sereczek z litra mleka, więc i tak musiałam użyć ścierki a potem wydłubywałam gazę z gotowego sera… nie powiem z czym mi się to kojarzyło, ble.
Dostanie bawełnianej ścierki w tym kraju produktów nowych technologii i sztucznych tworzyw to trochę wyzwanie. Te do naczyń są prawie wszystkie frotte, i grubo tkane. Ale całe szczęście kraj sztucznych tworzyw jest też krajem konserwatystów, więc w dziale ze ścierkami znalazłam też bawełniane, odpowiednio tkane białe ścierki do podłogi z etykietką “soap and water” (mydło i woda), “traditional cleaning” (tradycyjne sprzątanie) czy jakoś tak. No mniejsza z tym, obejrzałam je sobie – ścierki jak ścierki, nic podejrzanego, można użyć i do podłogi i do chleba.
Na taką ścierkę wylewa się masę z garnka (jak się nie ma drugiej osoby do pomocy, to można użyć garnka do gotowania makaronu, takiego z wewnętrznym sitkiem – ten garnek to w ogóle fajna rzecz, nadaje się też doskonale do gotowania warzyw na parze).
Przygotowana ścierka

Przygotowana ścierka


Odciekanie

Odciekanie


Potem się zawiązuję węzeł i wiesza, by obciekło. Ser z połowy galona nie był jakoś dużo większy od “sereczka”, więc zmieścił się nad miską, tak, jak i sereczek, ale można do tego użyć na przykład dwóch krzeseł i drewnianej łyżki. Na wsi wiesza się po prostu przy piecu.
Odciekanie part 2

Odciekanie part 2


Po obcieknięciu zostaje serwatka. Serwatka jest żółta i kwasna w smaku. Zawiera dużo witamin, 1% białka i w ogóle jest bardzo zdrowa. Można pić po siłowni. Ja swoją wlałam do chleba zamiast wody. Bałam się, że chleb będzie bardzo kwasny (na zakwasie zawsze jest lekko kwaskowy), ale nie był, i co więcej, wyszedł mi chleb gigant. Na normalnych proporcjach mąki wyszedł mi tak wielki chleb, że musiałam go wyjąć z piekarnika i zrobić “podpórki”, żeby nie uciekał z blachy, bo ciasto się po prostu przelewało mimo papieru. Moja rada: nie wylewajcie serwatki do zlewu.
Serwatka

Serwatka


Po jakichs dwunastu godzinach nad miską wyszło mi takie coś:
Gotowy ser

Gotowy ser


Aha i na koniec dobra wiadomość: po tych wszystkich operacjach ścierki dopierają się w pralce bez żadnych problemów. I zła wiadomość: ser na więcej niż jedną osobę lepiej robić z całego galona.
A tak w ogóle to myslę, że moje prababki, te, które chodziły z Zakliczyna do Krakowa na targ, na piechotę i wracały tego samego dnia byłyby ze mnie dumne. Podobnie jak te ze wschodu, skąd moja rodzina odziedziczyła tradycję jedzenia dobrze i dużo :)
Drodzy czytelnicy, wiem, że czekaliście na wpis ze zdjęciami od wielu miesięcy! Przepraszam, za zaniedbania i obiecuję, że się poprawię! A póki co – czekam na komentarze!

Napisane przez: katy | Luty 6, 2011

Apteka {Pharmacy}

No więc dawno nie pisałam, za co was szczerze przepraszam. Ale będzie nowy wpis, żeby nie było.

Wpis niech sie zacznie od anegdoty. Otóż potrzebowałam wywołać zdjęcia, już nie pamiętam po co mi to było, ale taki miałam kaprys. No i, jako osoba średnio obeznana z okolicznymi punktami usługowymi, spytałam moją współlokatorkę, stara emigrantkę. “Go to cvs. Or Rite-Aid” [Idź do cvs albo do rite-aid], powiedziała współlokatorka.  Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że zarówno cvs, jak i rite-aid to …. apteki.

Zawsze miałam w głowie obraz apteki, gdzie za szybkami stoją panie w białych kitlach, i z profesjonalnym spokojem rozszyfrowują pismo lekarskie z recept (albo szepty klientów proszących o nooooo…. tego….. eeeee…. domyślacie się, o co). Co więcej, wbudowywane w mój mózg od dzieciństwa skojarzenie mówi, żę apteka jest (no pomyślcie, pomyślcie)…

… czysta, mała, sprzedaje leki, niektóre kosmetyki, szczególnie te dermatologiczne, odżywki dla niemowląt, ewentualnie suplementy dla diabetyków i odchudzających się.

Więc jeśli jesteście w usa, wywalcie to wyobrażenie z głowy! W aptece bowiem:

  • kupicie środki czystości, w tym miotły i wiaderka,
  • znajdziecie wszystko to, co w polskiej drogerii Rossman (od kremu na Pieluszkowe Zapalenie Skóry do najnowszych cieni do powiek)
  • w aptece wywołacie zdjęcia
  • w aptece kupicie niedrogą parasolkę i zestaw do szycia
  • w aptece nabędziecie ubranko z napisem virginia tech
  • sezonowo w aptece można również zaopatrzyć się w ozdoby świąteczne, walentynkowe etc
  • brakuje wam młotka, płynu na karaluchy albo kombinerek? Pędźcie do apteki! (Uwaga, te trzy rzeczy to jeden dział, obowiązuje tu pełna zgodność z logiką amerykańskiego marketu)
  • latarka? budzik? discman? – czy znacie już odpowiedź na to pytanie?
  • ramka do zdjęć? zeszyt? segregator? magnes i kubek z napisem Blacksburg? Kolorowa gazeta?

A w ogóle to jest jeszcze jedno skojarzenie z apteką: zdrowy styl życia. Piramida żywności, chrom w tabletkach, akcje typu rzuć palenie, te klimaty. Tymczasem nigdzie nie ma takiego wyboru niezdrowych słodyczy jak w aptece cvs. Zawsze jest przecena jakichś słodyczy, a przy kasie jest taka mega długa półka z dużym wyborem różnych batoników, cukierków i ciasteczek…. Zgroza po prostu.

I powiem wam jeszcze coś na koniec. Raz musiałam kupić leki na receptę. I weszłam do apteki i usiłowałam zlokalizować okienko, gdzie się wydaje leki… i za nic nie mogłam go znaleźć :D

Napisane przez: authoroftheblacksburgview | Październik 9, 2010

Logika amerykańskiego marketu

Przepraszam, że tak długo nie pisałam, ale nie miałam czasu ani pomysłów, no i zycie osobiste nieco mi się skomplikowało (a nie były to komplikacje przyjemne).

Tak więc to o czym chciałam dzisiaj napisać to Logika Amerykańskiego Marketu. Zanim się jej nie zrozumie, lepiej do marketu nie wchodzić. Generalnie nigdy nie byłam specjalnie dobra w znajdowaniu artykułów w marketach (w Polsce też mi opornie szło), ale zdaje się polskie prawo handlowe (+ sanepid) zabrania wystawiania pieluch, wybielaczy i napojów na jednej półce, co znacznie ułatwia wyszukiwanie. Polska jest w tym zdecydowanie krajem unikalnym, bo na przykład włoskie markety wyróżniał brud i bezład, a amerykańskie wyróżnia ta specyficzna logika, której nie krępują żadne wstrętne przepisy.

Więc może stworzę mały przewodnik po Logice Amerykańskiego Marketu:

1. Postaraj się myśleć jak Amerykanin. Jeśli robisz przyjęcie, to idź tam, gdzie jest alkohol (piwo i wino, niczego mocniejszego się w markecie nie kupi). Znajdziesz tam również serwetki, podpałkę do grila, wykałaczki, przyprawy do mięsa i papierowe talerzyki oraz inne przedziwne przedmioty, absolutnie niezbędne na Prawdziwym Amerykańskim Przyjęciu (wszystko, ma się rozumieć, na jednej półce). Musisz myśleć całościowo; zasłonka do prysznica czeka na Ciebie dokładnie tam, gdzie mydła i żele pod prysznic. Przyprawy, dodatki do ciast, blachy i pudełka do zamrażalnika – to jeden dział. Jeśli dobrze zrozumiesz Logikę Amerykańskiego marketu, nie wyda Ci się to ani trochę dziwne.

2. Pamiętaj, że bardzo często te same produkty znajdziesz w dwóch różnych miejscach (na przykład organiczne mleko na półce z organicznym nabiałem i w lodówce ze zwykłym mlekiem). O ile pierwsze miejsce jest oczywiste (wywar z warzyw znajdziesz tam gdzie zupy i wywary) to drugie niekoniecznie (wywar z warzyw znajdziesz też wśród mixu organicznych produktów, głównie dżemów i bezglutenowej mąki).

3. Czytaj etykietki. To, co w Europie ma dobrą jakość (oliwa z oliwek) lub nie ma konserwantów (napój nestea) nie musi być takie w usa, nawet jeśli produkuje to dokładnie ta sama firma. Oliwa jest niezbyt dobra niezależnie od ceny, a napój nestea poza herbatą zawiera też roztwór benzoesanu sodu i sorbinianu potasu (w Polsce był to jeden z nielicznych powszechnie dostępnych słodkich napojów bez dodatków). Nierozwikłaną do dziś zagadkę stanowi dla mnie skład drożdży instant, które oprócz mieszanki drożdźy zaiwerały… konserwanty  oraz syropu klonowego (są droższe i tańsze wersje, tańszych nie odważyłabym sie spróbować) który składa się z odrobinki syropu klonowego, aromatu i z “corn syrup” (coś w rodzaju syropu skrobiowego, w zasadzie jest to roztwór słodkiego, tuczącego cukru i dodaje się to do wszystkich tańszych słodyczy).

4. Nie daj się zmylić. Amerykanie uwielbiają produkty bez cukru i tłuszczu. Bez cukru, czyli z aspartamem (który jest trucizną i dla zdrowia jest nawet gorszy niż cukier) i bez tłuszczu czyli z polepszaczami. Coś, co ma wielkie oznaczenie “heathy choice” (zdrowy wybór) ze zdrowym wyborem wspólną ma głównie nazwę. Często są to produkty o składzie ala zupka knorra (choć naturalnie bez tłuszczu i cukru).

5. Uważaj na mąkę. prawie każda jest wzbogacana witaminami B w proszku. Cel tych praktyk to chyba zastąpienie usuniętych łusek z ziaren sztucznym dodatkiem, który ma uczynić mąkę bardziej wartościową. Ktoś chyba zapomniał, że nie każdy potrzebuje końskich dawek witamin a hiperwitaminoza jest równie groźna jak awitaminoza…

6. Nie kupuj szynki. Skład polskiej szynki nastrzykiwanej nastrzykiwarką i pełnej najrozmaitszych wypełniaczy z bambusem i soją na czele czyni ten produkt niespecjalnie smacznym, ale względnie jadalnym. Amerykanie kochają szynkę i kanapki z szybką, ale skład szynki przerazi niejednego chemika…

7. Niczemu się nie dziw. To co, że Ameryka jest jednym z największych na świecie producentów jabłek. Te z Nowej Zelandii też są w końcu dobre!

8. Nie próbuj nawet szukać wody w butelce większej niż 0.5 litra – nie znajdziesz. W usa każdy pije kranówę (która jest chlorowana i ma ohydny smak nawet po filtrowaniu, ale to moje prywatne zdanie) i wszędzie są dystrybutory darmowej wody (naprawdę wszędzie).

9. W markecie jest też dział z ciastami, który przypomina trochę piekarnię. Można tam kupić ciastka i ciasta, które wyglądają na świeżo przyrządzone. Jesli myslisz, że to zdrowsza alternatywa dla wiecznotrwałych marsów i snickersów, przeczytaj etykietkę…

10. Zapamiętaj złotą zasadę, że im tańsze są słodycze, tym podlejszy mają skład. Ale z drugiej strony, choć po organicznych czipsach żołądek nie szczypie od konserwantów, tuczą one dokładnie tak samo jak zwykłe czipsy…

W każdym normalnym kraju dobre jedzenie jest drogie a podłe jedzenie jest tanie. Ale w USA kontrast jest jeszcze większy, ponieważ naprawdę podłe jedzenie jest naprawdę tanie, a naprawdę dobre jedzenie jest wyjątkowo drogie a do tego trudno je znaleźć. I potem, po latach wcinania “helthy choice” oraz ciast, którcyh przyrządzenie sprowadza się do wymieszania proszku z paczki i mleka, oraz wysokoprzetworzonych dań, które wprost z zamrażalnika wrzuca się do mikrofali, trudno się dziwić, przeciętny Amerykanin jest gruby, łysawy, ma szarą cerę i gnębią go najrozmaitsze inne przypadłości…

Logika Marketu zdaje się być dopasowana do społeczeństwa i jego potrzeb :)

 

Napisane przez: katy | Maj 14, 2010

Ballada o pieczeniu chleba {A ballad about bread-baking}

No wiec bylo tak.

Pewnego dnia zaprosilam kolegow na obiad. Koledzy sa Polakami. Chcialam zeby to byl polski obiad wiec postanowilam ugotowac krokiety & barszcz. O ile krokiety to prosta sprawa (przenna maka, jaja, mleko), to barszcz okazal sie wyzwaniem. Prawdziwy barszcz gotuje sie z kwaszonych burakow. O kwaszonych burakach moglam sobie pomarzyc – nawet w Polsce trzeba je zwyczajnie wyprodukowac. Jest tez szybsza wersja barszczu gotowanego na koncentracie i zakwaszanego octem. Koncentrat mozna kupic w kazdym spozywczym… Tu moglam o tym zapomniec, juz predzej dostane indyjski chleb i perskie przyprawy. Ale nabylam jakis niemiecki (prawdziwy, wyprodukowany w Niemczech) podejrzany sloiczek z burakami w occie (smak mialo to wlasciwy) i dwie puszki burakow w wodzie (wydawalo mi sie to prostsze niz krojenie ich od zera). Za pomoca ingrediencji tych (plus marchewek, kostek rosolowych i jednej pietruszki) oraz przypraw, w tym glownie pieprzu oraz odrobiny octu wyprodukowalam wiec potrawe, ktora miala mocny aramat i smak barszczu. Dodam, ze kolegom obiad smakowal.

Plus minus nastepnego dnia trafilam na ten oto artykul w rzepie: http://www.rp.pl/artykul/9152,462916_Gdy_dom_pachnie_chlebem.html i pomyslalam, ze skoro juz udalo mi sie juz wyprodukowac barszcz bez skladnikow to moze z chlebem nie bedzie tak zle? Mialam mnostwo nauki w tamtym czasie i jak moi czytelnicy sie pewnie domyslaja, wszystko inne wydawalo mi sie wyjatkowo fascynujace.

Przyznam, ze chleb mi tu zwyczajnie nie smakuje. Mowiono mi, ze bedzie mi w usa brakowac chleba i kartofli. Kartofli nigdy nie lubilam, wiec cieszylam sie ze kartoflany terror sie skonczyl. Ale chleb… W zasadzie kazdy chleb tutaj jest drozdzowy a drozdzowy chleb dziala na moj przewod pokarmowy w sposob jakiego ze wzgledu na dobre wychowanie i zasady wspolzycia spolecznego wole nie opisywac; poza tym kazdy jest niskoblonnikowy a wiec niezdrowy. Nie, nie kupowalam najtanszego paskudztwa z marketu. Kupowalam w piekarni duze, koszmarnie drogie bohenki o nazwie “Three cheese miche” (z 7 dolarow za jeden), ktore nie byly takie zle… zbyt dobre tez nie, zwlaszcza na dluzsza mete.

Pomysl pieczenia wlasnego chleba wydal mi sie wiec bardzo dobry. Na podlinkowanej w rzepie stronie znalazlam te oto szczegolowa instrukcje dla idiotow jak sie produkuje zakwas: http://pracowniawypiekow.blogspot.com/2009/02/zakwas-zytni-krok-po-kroku.html ,ktora polecam kazdemu poczatkujacemu. Udalam sie do sklepu eats zdrowe zarcie i nabylam droga kupna duzy zapas organicznej zytniej maki i w zwyklym markecie zaopatrzylam sie w niechlorowana wode. I zaczelam przygode z zakwasem.

Kosztowalo mnie to 4 doby dogladania. Generalnie zakwas rosnie dobrze w temperaturze 23-28 a w mieszkaniu bylo zimno. Zostawilam wiec zakwas w piekarniku przy wlaczonym swietle – to daje taka plus minus temperature. Musialam to wytlumaczyc wspollokatorce, co bylo smieszne. Patrzylam z fascynacja jak to istotnie ma zapach, kolor i wyglad opisany na stronie.

Po 4 dniach zabralam sie za pierwszy chleb, Na poczatku zakwas jest slaby. Ja na dodatek dalam duzo zytniej razowej maki wiec owoc mojej produkcji byl to najbardziej razowy razowy chleb jaki jadlam (przypominalo to razowiec z Piotra i Pawla albo piekarni w Poznaniu na Dlugiej). I bylo to plaskie. Moze nie od skorki do skorki ani jednej dziurki (dodalam troche drozdzy) ale wyrosnietym bym tego chleba nie nazwala. Do tego bylo to koszmarnie ciezkostrawne. Ale jakie wysokoblonnikowe ! Cieszylam sie jak dziecko.

Nastepny chleb pieklam wg innego przepisu (prostszego). Chleb byl lepszy, za to kwaskowaty i nieslony. To byl moj drugi lub trzeci chleb:

Drugi chleb {bread 2.0}

Drugi chleb {bread 2.0}

Chleb numer 4 wygladal juz zupelnie jak chleb z piekarni. Nadal daje wiecej maki przennej niz zytniej, za to dodaje otreby, siemie lniane, pestki dyni i skonecznika, platki owsiane (ilu ja sie nowych slow nauczylam !) i nawet wiem gdzie mozna kupic takie skladniki dobrej jakosci. Mysle ze po bread 33.0 otworze piekarnie :P

Czwarty chleb {bread 4.0}

Czwarty chleb {bread 4.0}

Czwarty chleb {bread 4.0}

Czwarty chleb {bread 4.0}

Jak ktos chce przepis na chleb – niech pisze.

To nie wymaga czasu (skladniki sie miesza i zostawia na 18 godzin) ani umiejetnosci (zakwas to nie drozdze, nie ma bata, ciasto nie opadnie ani sie nie przeziebi)  tylko checi… i moze troche pasji !

Napisane przez: katy | Kwiecień 24, 2010

Wielkanoc i Wiosna w Blacksburgu {Easter + Spring}

Co pewnie moi znajomi wiedza, bez gotowania czuje sie dziwnie i dla mego wlasnego dobrego samopoczucia musze czasem gotowac straszne ilosci jedzenia. Nie, nie zjadam go calego od razu – normalnie laduje w zamrazalniku podzielone na porcje.

Jednak w Wielkanoc postanowilam urzadzic sniadanie wielkanocne. Jakos wielka sobota i wielki piatek bez pieczenia miesa i mazurkow wydawalay mi sie wyjatkowo osobliwe. Wiec po prostu musialam, musialam gotowac. Zaprosilam wiec znajomych, wspollokatorke, innych Polakow etc. na Sniadanie Wielkanocne.

ja {me}

ja {me}

A to nasz stol (i Chris wypatrujacy poczatku uczty):

Wielkanocny Stol {Table}

Wielkanocny Stol {Table}

Wielkanocny Stol {Table}

Wielkanocny Stol {Table}

Gwoli scislosci, pisanki wyprodukowala moja wspollokatorka Greczynka. Maja piekne, mocne kolory. To przyniosl Chris:

Salatka {Salad}

Salatka {Salad}

A to zrobilam ja (sa to jajka wg przepisu cioci Zosi ze Szczecina)

Jaja {Eggs}

Jaja {Eggs}

Poza tym wyprodukowalam kajmakowy mazurek

Mazurek {Easter Pie}

Mazurek {Easter Pie}

oczywiscie, znikalo to dosc szybko :

Mazurek {Easter Pie}

Mazurek {Easter Pie}

A nawet za szybko

Mazurek znika blyskawicznie {Easter Pie disapears quickly}

Mazurek znika blyskawicznie {Easter Pie disapears quickly}

Poza tym swieta bez miesa to zadne swieta (btw od dlugiego czasu jem mieso 2,3 razy w tygodniu, nie czesciej)

Miesko {Meat}

Miesko {Meat}

Miesko {Meat}

Miesko {Meat}

No i do mieska musza byc kartofle bo inaczej swiat sie zawali. Ugotowalam wiec kartofle:P

Ziemniaki {Potatoes}

Ziemniaki {Potatoes}

Ale sensacja poranka nie bylo wcale dobre jedzenie, lecz … nowy samochod kolegi o imieniu Andrea :

{nowy samochod} Andrea's new car

{nowy samochod} Andrea's new car

Poza tym mamy w Blacksburgu wiosne. Istnieje tutaj taka sciezka, z Blacksburga do Christiansnurga, jakies 7km na piechote, i z niej pochodza ponizsze zdjecia:

Hackelbery Trail 2010

Hackelbery Trail 2010

Wiosna... {Spring...}

Wiosna... {Spring...}

SciezkA{Trail}

SciezkA{Trail}

Wiosna... {Spring...}

Wiosna... {Spring...}

Wiosna... {Spring...}

Wiosna... {Spring...}

Wiosna... {Spring...}

Wiosna... {Spring...}


Drzewa {Trees}

Drzewa {Trees}

Rosliny prawie jak w Polsce :P

I moi drodzy czytelnicy, oglaszam, ze nauczylam sie automatycznie zmniejszac zdjecia, wiec bedzie ich wiecej !

Motywem tego wpisu jest to, że kiedy wyjeżdżamy daleko od domu, nie zdajemy sobie sprawy, że jest tyle rzeczy, które były nam niezbędne, a o których nigdy wcześniej nie myśleliśmy. I które o zgrozo, trzeba kupić, co, nie oszukujmy się, nie zawsze jest takie łatwe.

Poza tym są też przedmioty, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy i nie podejrzewaliśmy nawet ich istnienia lub też które bezpośrednio związane są z kulturą i warunkami w kraju, gdzie przyszło nam mieszkać.

Zacznę od tych pierwszych.

Są więc rzeczy oczywiste – takie jak kubek powiedzmy, albo jakieś ręczniki, pościel, środki czystości. Są też rzeczy mniej oczywiste, jak na przykład to….

Hm, to było drogie. I kupiłam to w pierwszym miesiącu {A sewing kit. I bought it during my first month}

Hm, to było drogie. I kupiłam to w pierwszym miesiącu {A sewing kit. I bought it during my first month}

Jest to zestaw przyborów do szycia. Jak widać używany.

Zawsze mi się wydawało, że akcesoria do czyszczenia butów są w Polsce horrendalnie drogie. No 2 złote za pastę to było zdzierstwo… W usa pasta kosztuje dobre 5 dolarów. Ale tego się też dorobiłam (po pół roku) :P

Ostatecznie dorobiłam się pełnego zestawu {Finally, I have a full set}

Ostatecznie dorobiłam się pełnego zestawu {Finally, I have a full set}

Wracając do czyszczenia, tego z Polski nie zabrałam. Nie wiedziałam, że to takie ważne. Ale mam :)

No bez tego to już absolutnie nie szło żyć {This was more then necessary}

No bez tego to już absolutnie nie szło żyć {This was more then necessary}

Są też rzeczy, które zawsze były w domu, powiedzmy gdzieś wśród narzędzi Taty. Na przykład były tam kleje. Nie wiedziałam dotąd, że żywica epoksydowa była tak istotna w moim życiu…

No bez tego to już w ogóle... żywica epoksydowa {withoout that... epoxy resin}

No bez tego to już w ogóle... żywica epoksydowa {withoout that... epoxy resin}

W moim domu rodzinnym mieliśmy zawszy spory zestaw najdziwniejszych narzędzi kuchennych, a także akcesoriów do parzenia herbaty i kawy. O ile o kawie już pisałam, to nabyłam też takie coś. To nie było łatwe. Jak dla mnie zielona herbata po więcej niż trzech – czterech minutach parzenia bez wyjęcia fusów jest hm obrzydliwa.

Zaparzacz do herbaty {this is to make a tea}

Zaparzacz do herbaty {this is to make a tea}

O ile niektóre kuchenne akcesoria całkiem przypominają tu polskie, to są takie do których się przyzwyczaiłam w Polsce, a ktrych nie idzie tu dostać. Ale bywa też odwrotnie. Na przykład cudowne narzędzie o nazwie spatula jest w Polsce nieznane. Podobnie praktyczny, tani wynalazek na zdjęciu poniżej. Są to klamry do torebek. Jeśli kupujemy powiedzmy sałatę pociętą w woreczku, i nie chcemy by nam wysychała w lodówce (większość lodówek jest typu defrost), możemy w ten sposób zamknąć raz otwartą torebkę. Lub też jeśli kupujemy ryż w woreczku i nie chcemy by ryż był wszędzie w szafce z jedzeniem…. Zestaw 20 takich klamer kosztuje niecałe 5 dolarów.

Klamry do spinania otwartych torebek {I've never seen it in Poland}

Klamry do spinania otwartych torebek {I've never seen it in Poland}

Poza tym są przedmioty – niekoniecznie kuchenne – które nieustannie mnie zadziwiają. Na przykład golarka do zmechaconych ciuchów. O dziwo :P wcale nie taka tandetna. Kupiłam ją eksperymentalnie i była warta tych 5 dolarów…

No dobra, nie widziałam tego w Polsce. To golarka do zmechaconych ciuchów. {I've never seen it in Poland. This is fabric shaver}

No dobra, nie widziałam tego w Polsce. To golarka do zmechaconych ciuchów. {I've never seen it in Poland. This is fabric shaver}

Z rzeczy zadziwiających mam też oczywiście pełen zestaw akcesoriów biurowych. Najbardziej niezwykłe doświadczenie z tego zakresu to fakt, że mały różowy zszywacz, jak się okazało, ma też różowe…. zszywki. Myślę że prowadzący muszą się trochę śmiać, gdy oddaję im prace spięte w ten sposób, ale no cóż.

Różowy zszywasz górą {Pink stampler rulez}

Różowy zszywasz górą {Pink stampler rulez}

Poza tym są przedmioty związane z miejscem. Gdy poszłam pierwszy raz na basen, przekonana byłam iż dostanę kluczyk do szafki i bransoletkę, jak w Polsce. Ale NIE , nie dostałam ! Jeśli ktoś chce zamknąć szafkę, musi mieć własną kłódkę… Za pierwszym razem zostawiłam wszystko, co miało jakąkolwiek wartość w portierni. Kłódkę kupiłam oczywiście, ale że w liceum też takie mieliśmy i doprawdy, nie trzeba być kryptografem, by złamać szyfr w takiej kłódce, więc jeśli mam ze sobą laptopa, zostawiam go jednak ludziom z portierni…

Kłódka. {A locker}

Kłódka. {A locker}

Co do rzeczy związanych  z kulturą, mniejszy zestaw wychodzi dużo…. drożej :D

Kupowanie mniejszej ilości się nie opłaca {It's not a good deal to buy smaller set...}

Kupowanie mniejszej ilości się nie opłaca {It's not a good deal to buy smaller set...}

Inną kategorią są rzeczy, których z Polski po prostu nie wzięlam. Do nich należą karty do seta, musiałam zamówić drugi zestaw. Pocieszające było to, że tak, było mnie stać, no i dostawa była tańsza :P

Musiałam kupić jeszcze jeden zestaw... {I had to buy another set}

Musiałam kupić jeszcze jeden zestaw... {I had to buy another set}

I nie wiedziałam też, że ołówki to taka istotna sprawa :)

Bez tego też było nieswojo {It was weird not to have this}

Bez tego też było nieswojo {It was weird not to have this}

Istnieje też osobna grupa rzeczy, których w Polsce zwyczajnie nigdy nie miałam. Ale mam je tutaj… bo były na przecenie. Na przykład to:

W Polsce tego nie miałam. Tu było na przecenie. {I've never had it before .... but it was on SALE !!}

W Polsce tego nie miałam. Tu było na przecenie. {I've never had it before .... but it was on SALE !!}

:)

Komentarze mile widziane :)

Wszystkich moich czytelników szczerze przepraszam, że tak długo blog mój był zaniedbany. Spowodował to nowy, dość ciężki semestr, a także inne zawirowania w mym życiorysie. Proszę jednak nie myśleć, że kompletnie zapomniałam o blogu. Co prawda do Blacksburga zawitała już wiosna, jednak ten wpis przygotowałam już dawno i nie chcę, by zdjęcia marnowały się na moim dysku.

Tak więc pewnego dnia do Blacksburga zawitała Bardzo Zła śnieżyca. Co prawda autobusy jeździły, ale za to dostać się na przystanek było wyzwaniem.

Był sobie przystanek {About a bus stop}

Był sobie przystanek {About a bus stop}

Oczywiście nie jest to ekstremalny przykład. Plus minus na przeciwno tego przystanku był inny, gdzie wyrąbano w lodzie dwa zejścia – jedno w miejscu drzwi, którymi się wsiada i drugie, w miejscu gdzie się wysiada (w amerykańskich autobusach obowiązuje system “uscita-entrata”). Przykro mi, ale nie mam zdjęcia.

Ogólnie Amerykanie są zadziwiający. Pierwszym, co odśnieżono były drogi ewakuacyjne (dla karetek, policji etc) oraz… parking przed marketem. Tak, można żyć bez chodnika (niektórych chodników nie odśnieżono nigdy), ale stanowczo nie można bez zakupów !!!

Góry niegu urosły plus minus do czterech metrów. Zima nie zawsze jest malownicza.

market

Parking przed marketem {Parking lot near the grocery store}

śniegowe góry {piles of snow}

śniegowe góry {piles of snow}

Zasypany Blacksburg {Blacksburg after the snowstorm}

Zasypany Blacksburg {Blacksburg after the snowstorm}

Poza tym Amerykanie posiadają cudowną wręcz nieumiejętność prowadzenia samochodu w złych warunkach atmosferycznych. Jeśli pada śnieg, jadą 20 mil na godzinę a samochodem i tak rzuca na prawo i lewo. W sumie można się cieszyć, że w złą pogodę mało kto jeździ. Więc samochody śpią sobie pod pierzynką ze śniegu…

Nie odkopuję, no bo po co? {Don't dig, it's pointless}

Nie odkopuję, no bo po co? {Don't dig, it's pointless}

Niech czeka do wiosny {Let it wait until Spring}

Niech czeka do wiosny {Let it wait until Spring}

Poza tym kampus zimowy bywa całkiem malowniczy…

Campus

Campus

Ja {me on campus}

Ja {me on campus}

Oto Blacksburg {Yes, this is Blacksburg}

Oto Blacksburg {Yes, this is Blacksburg}

Grad School

Grad School

Bywa nawet ujmujący – ten stawek to hm bardziej randkowa część kampusu.

Zima ma dobre strony {Winter could be beautiful}

Zima ma dobre strony {Winter could be beautiful}

Miłego oglądania ! Czekam na komentarze !

Napisane przez: katy | Styczeń 30, 2010

Zima w Blacksburgu odcinek 2 {Winter in Blacksburg, part 2}

Od trzech dni wszyscy mówili o “snowstorm”, czyli o śniegu, który miał zacząć padać w piątek. Dla Amerykanów śnieg to stan klęski żywiołowej (nikt nie umie prowadzić samochodu w złych warunkach, co więcej, jakość odśnieżania pozostawia wiele do życzenia).
Ostatecznie, zaczęło się w nocy:

Zaczęło się w nocy, dość niewinnie... {it stared overnight, quite innocent}

Wyglądało to całkiem bajkowo, niemal świątecznie.

Wyglądało całkiem bajkowo {It even seemed cute}

Niestety, snieg jest nie tylko puszysty, ale i powoduje trudności w przemieszczaniu, więc trzeba było odśnieżyć. W życiu nie widziałam takiej odnieżarki ze swoitym “procesorem śniegu” – obejrzyjcie sami…

Postanowiłam w tym pięknym dniu pójść po zakupy. Niestety, kierowcy autobusów też nie umieją jeździć po śniegu, więc odwołano transport publiczny.

Odowołane autobusy {BT Trasit cancelled}

Rower też raczej nie wchodził w rachubę.

Rowerem to ja nie pojadę... {No way to use my bike today}

Wybrałam więc jedyną dostępną metodę, czyli poszłam na piechotę. Niestety, to też nie był za dobry pomysł, bo musiałam iść środkiem drogi, gdyż chodnika nikt nie odśnieżył.

Tak, tu był chodnik... {Yes, here there was pedestarian trail}

Ostatecznie, do marketu jest może 500 metrów i jakoś tam dotarłam, okutana niczym siódme dziecko stróża (było -10 odczuwalne jako -14), znalazłam co chciałam (poza ostrzałką do noży) i wróciłam.

Odśnieżanie nic, totalnie nic dało, gdyż już po południu było widać rozmiar kataklizmu.

Odśnieżanie nic nie dało {Plowing was not worth it}

Rozmiar katastrofy {the size of catastrophe}

A teraz DESER. Otóż postanowiłam ugotowac coś normalnego. Przepis znalazłam w sieci (nie będę ukrywać, że nie był mój – oryginalnie mam go stąd: http://pychotka.pl/przepisy-kulinarne/dr%f3b/filet-z-kurczaka-po-kijowsku.html ) i nawet z paskudnych amerykańskich składników jedzeniopodnych wyszło to bardzo dobre. Z polskich, stosunkowo dobrych, powinno byc więc wyśmienite. Podam więc przepis :)

Składniki:

  1. 4 spore piersi kurczacze (=filety)
  2. 4-5 łyżeczek masła
  3. solidna łyżka pokrojonego szczypioru
  4. solidna łyżka pokrojonej zielonej pietruszki
  5. 1-2 łyżeczki soku z cytryny
  6. 2-3 ząbki czosnku
  7. 2 jajka, trochę mleka (może być woda)
  8. pieprz, sól, mąka, bułka tarta, olej

Przygotowywanie

  1. Masło mieszamy w jednym naczyniu z sokiem z cytryny i roztapiamy (można w mikrofali – 45 sekund)
  2. Dodajemy czosnek (starty bądź przeciśnięty przez praskę), szczypiorek, pietruszkę, pieprz i sól
  3. Filety myjemy i wykrajamy wszystkie niejadalne części (resztki kości, tłuszcz, krwawe kawałki), dokładnie suszymy.
  4. W każdym filecie wycinamy ostrym nożem coś w rodzaju kieszonki na sos, ważne, by nie była za mała
  5. Obsypujemy filety pieprzem i solą z obu stron
  6. Do każdego filetu do kieszonki wlewamy plus minus dwie łyżeczki sosu, łączymy wykałaczką
  7. Przygotowujemy sobie dwa talerze: jeden z bułką tartą, drugi z mąką i w trzecim łączymy rozkłócone jajka z mlekiem
  8. Rozgrzewamy olej na patelni (jeśli mamy stalową patelnię, trzeba ją naprawdę mocno rozgrzać)
  9. Obtaczamy filety w mące, potem w jajku, potem w bułce.
  10. Smażymy na dużej temperaturze i krótko – wystarczy, że sie lekko zarumienią
  11. Przekładamy na blachę (do naczynia żaroodpornego, wszystko jedno) i wkładamy na 20 minut do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni. Bywa że filety są dobre z zewnątrz, a w środku surowe i dlatego wkładamy je do piekarnika.
  12. Podajemy z ryżem (z kartoflami też w sumie można) i surówką.

Mi to wyszło nawet, gdy zamiast bułki tartej miałam coś co przypomiło panierkę z kfc (jedyna “bułka tarta” bez konserwantów).

Kurczak po kijowsku {Kijev's Chicken Dish}

Kurczak po kijowsku II {Kijev's Chicken Dish II}

Co prawa nie wyglądało tak smakowicie jak oryginał, ale co tam.

http://galeria.pychotka.pl/images2/rgh1234172019i.jpg

Poza tym dobrze do tego pasuje ryż z masłem. W moim domu rodzinnym gotuje się zawsze ryż na sypko, więc w tej formie ryż mi się przejadł.

Składniki:

  1. Ryż (jakikolwiek długoziarnisty), plus minus 150 ml
  2. Masło – 2 solidne łyżki stołowe
  3. Sól, woda

Przygotowywanie

  1. Rozgrzewamy garnek (bez wody) i wsypujemy ryż
  2. Mieszamy, az ryz będzie naprawdę gorący
  3. Wlewamy trochę wody i wsypujemy sól oraz dodajemy masło
  4. Dodajemy wodę jak widzimy, że jest jej za mało, i mieszamy co jakis czas.
  5. Kiedy ryz wchłonie prawie całą wodę, zdejmujemy garnek z ognia i przykrywamy. Wtedy reszta wody zostanie wchłonięta.

Ogólnie jest to lekkostawne i pożywne. Poza tym lepiej sie odgrzewa ryż, który jest lekko “mokry”.

Powinno to wyglądac tak

Ryż z masłem {Butter Rice}

Powodzenia, komentarze mile widziane !

Starsze pozycje »

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.